wtorek, 28 sierpnia 2012

19. Dwudziesty siódmy listopada.

Było już po dziewiątej. Właśnie zbierałam się na egzamin. Niestety Naruto nie wrócił jeszcze z misji razem z Sasuke, więc byłam zmuszona iść sama, ponieważ Itachi w sumie nie istniał i nie mógł być tam zemną. Na szczęście był jeszcze Kiba. Mój chłopak. Mam nadzieje, że choć on mnie nie wystawi do wiatru. Nie miałam ochoty iść tam sama. Nie to, że się bałam, ale jednak wolałam mieć obok kogoś, kto mnie wesprze. Nie chciałam ich zawieść. Wszyscy we mnie wierzyli.
Wychodząc wpadłam na zdyszanego Kibe. Naglę poczułam ulgę. Potrzebowałam jego obecności jak nigdy wcześniej.
- Mai. Słońce. – Uśmiechnął się zasapany. – Jak dobrze, że cię złapałem.
- Gdzie się tak spieszysz? – Odwzajemniłam uśmiech patrząc na chłopaka.
- Eh… - Wziął parę głębokich wdechów. – Nie mogę iść z tobą do akademii. Przepraszam.
- Dlaczego? – Miałam wrażenie jak by serce mi stanęło. Nie dam sobie rady sama.
- Musze pomóc siostrze w klinice. Wczoraj ta burza zniszczyła dach i zwierzęta nie mają, gdzie mieszkać. To dla mnie naprawdę ważne. Skarbie wiem, że sobie poradzisz. Jesteś wspaniała. Przyjdę najszybciej jak będę mógł. Obiecuje. - Mówił bardzo szybko, zdenerwowany. Rzeczywiście wczoraj była straszna burza. To dziwne jak na te porę roku tutaj. Przecież mamy już późną jesień.
- No dobrze rozumiem. – Był tak tym przejęty, że nie miałam serca protestować Uśmiechnęłam się do niego ciepło. – No to pędź.
- Mai, jesteś wspaniała. – Ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie czule w usta. - Do zobaczenia piękna. – Pomachał mi jeszcze na pożegnanie w biegu i zniknął za zakrętem.
Odmachałam mu zrezygnowana i poczłapałam w stronę akademii ninja niechętnie.
Kiba może i był narwany oraz roztrzepany, ale miał mnóstwo pozytywnych cech. Podobnie jak Naruto potrafił wywołać uśmiech na mojej twarzy w zawrotnym tempie. Lubiłam jego osobowość i sposób bycia. Był wspaniałym facetem i zupełnym przeciwieństwem Shetha, mojego byłego chłopaka. Tajemniczego, mrocznego i podstępnego drania, bożyszcza wszystkich nastolatek. Na szczęście to był już zamknięty rozdział. Nie było, co wspominać. Wracanie do tamtych chwil było nie tylko niemiłe, ale i bolesne. Cieszyłam się, że los postawił na mojej drodze Inuzuke. Dzięki niemu nawet mordercze treningi Itachiego nie potrafiły zepsuć mi humoru. Nic nie potrafiło, prócz dzisiejszego egzaminu. Od paru dni chodziłam poddenerwowana. Bałam się, że mi się nie uda, że coś pomieszam, że zawiodę wszystkich. Nikt mi nie powiedział jak to ma wyglądać. Wiedziałam tyle, że mam się tu stawić, pod salą trzysta trzynaście, punkt dziesiąta.
Oczywiście przyszłam trochę wcześniej. Na korytarzu pałętało się z trzydzieścioro adeptów akademii, miej więcej w wieku dwunastu lat. Więc wyróżniałam się na tle reszty znacząco. Cześć siedziała na parapetach lub na podłodze oparci plecami o ściany. Inni biegali po korytarzach bawiąc się jak by nigdy nic. Niektórzy powtarzali nerwowo techniki na sucho. Jakiś chłopiec ze zdenerwowania obgryzał paznokcie stojąc tuż przy drzwiach klasy. Ja zaś przystanęłam przy pierwszym wolnym parapecie opierając się o niego plecami i patrząc w przestrzeń tuż przy sali i uchyliłam okno. Stres wywoływał u mnie nieprzyjemne fale gorąca, a może po prostu za ciepło się ubrałam. Miałam na sobie czarne wysokie buty, na grubej podeszwie. Długie spodnie charakterystyczne dla ninja, na prawym udzie przewiązane białą taśmą i z doczepioną kaburą na broń, do paska z tyłu także miałam doczepioną małą torbę na broń i zwoje. Na górze zaś czarny podkoszulek włożony w spodnie, a na to luźny powyciągany i z szerokim dekoltem w łódkę spływającym na prawe ramie, w kolorze soczystej zieleni z czarno białymi napisami z przodu, sweter. Nie, to jednak był stres.
Pomimo, że nigdy nie przepadałam za szkołą, jako budynkiem w tej było całkiem miło. Może, dlatego że nie była to jednak taka typowa szkoła. Było tu całkiem ładnie. Ściany piaskowo-brązowej barwy, nadawały ciepły i przyjazny klimat miejscu, a podłoga wyłożona kafelkami w ciemnym odcieniu brązu świetnie współgrała z resztą. Delikatny orzeźwiający cytrusowy zapach środków czystości unosił się w powietrzu.
Nie mam pojęcia skąd, ale przed mną pojawił się młody chłopak o czarnych włosach i oczach z opaską liścia przewiązaną na czole. Był niższy ode mnie i miał na szyi przewieszony niebieski, długi szal.
- Cześć. Jesteś Mai prawda? Siostra braciszka Naruto? – Powiedział trochę piskliwym głosem szczerząc się do mnie czternastolatek.
- Braciszka? – Zapytałam zdziwiona. Czy ja o czymś nie wiem?
- Naruto-san jest dla mnie jak starszy brat. Zawsze mi pomagał. Jest wzorem dla mnie. Chce być lepszy niż on. – Odparł pełen entuzjazmu. Czego on się nawdychał?
- Aaa… - Byłam trochę zdziwiona tym wszystkim. Kolejny dowód na to, że kompletnie nic nie wiedziałam o swoim bracie. – Tak, jestem Mai. A ty?
- Konohamaru Sarutobi – Wyciągnął do mnie rękę z uśmiechem.
- Sarutobi? – Uścisnęłam jego dłoń. – Jak Trzeci Hokage?
- Tak. To był mój dziadek. - Uśmiechnął się smutno.
- Ah. Czytałam o nim. Wydawał się być wspaniałym i mądrym człowiekiem.
- Tak był wspaniały. – Zamilkł na chwile jak by się nad czymś zastanawiał. – Czekasz na egzamin?
- Ta… Zaraz się zacznie. - Moja sława mnie wyprzedzała. Nie mogłam być szarą masą w tym kolorowym społeczeństwie?
- Na pewno dasz radę. – Uśmiechnął się do mnie ciepło. Dlaczego wszyscy tu byli tak bardzo i szczerze mili? Zaczynało mnie to przerażać. - W końcu braciszek cię uczył, nie.
- Tak. – Odwzajemniłam uśmiech. - A ty, co tutaj robisz? Przecież już zdałeś egzamin. – Pokazałam na jego ochraniacz.
- Tak. Jestem już chuninem. – Powiedział dumny z siebie. – Jestem tu, bo w wolnym czasie pilnuje ich. Przyszedłem wesprzeć adeptów przed egzaminem.
- Ah. To zobaczymy się po egzaminie. – Drzwi do sali otworzyły się, a z nich wyszedł mężczyzna w zielonej kamizelce shinobi i wysokim kucyku ze szramą na nosie, równoległą do ust.
- Zapraszam na egzamin. – Powiedział spokojnym, stonowanym głosem wskazując na pomieszczenie gestem dłoni, a dzieciaki wleciały do środka jak jakieś rozszalałe tornado.
- Do zobaczenia. – Odwróciłam się na pięcie i skierowałam w stronę sali.
- Będę trzymał kciuki.
- Dzięki. – Machnęłam ręką mu na pożegnanie i zniknęłam za drzwiami. Nauczyciel wszedł za mną i zamknął za sobą drzwi.
Weszłam do środka i zajęłam miejsce, jak cała reszta adeptów. Usiadłam pod oknem, mniej więcej w połowie sali. Miejsce to przypominało trochę sale wykładową. Długie, jasne ławki wygięte w łuk, ustawione piętrowo. Zajmowały ponad połowę klasy. Przed nimi było trochę wolnego miejsca. Po mojej prawej stronie na dole znajdowały się drzwi do sali, a nad nimi zegar. Po lewej zaś duże, szklane okna z białymi, plastikowymi ramami. Zielona tablica była powieszona na wprost mnie i zajmowała niemal całą szerokość wymalowanej w odcieniu jasnej żółci ściany. Przed nią stało dość pokaźne biurko nauczycielskie, meble w klasie były wykonane z jasnego drewna. Wszystko to i podłoga z zielonkawego linoleum tworzyły stonowaną jedność.
Siedziałam sobie tam tak i czekałam aż zacznie się coś dziać czując na sobie spojrzenia innych. Nie dziwiło mnie wcale, że się gapili. No, bo co robiła osoba w moim wieku na takim egzaminie? Zazdrościłam im wszystkim, że mogli tu żyć. Od małego byli przesiąknięci tradycjami i zwyczajami związanymi z światem shinobi, a ja dopiero w tym pomału tonęłam. Coraz bardziej mi się to podobało. Czułam, że to jakaś cześć mnie i mojego życia.
- Nazywam się Iruka Umino, jakby ktoś nie wiedział. Będę wraz z Jiraiyą-sama – W sali rozległ się głuchy szum rozmów. Reakcja dzieci na widok legendarnego Sannina na egzaminie była zrozumiała. Tylko, co on tu robi?- prowadził wasz egzamin. – Odchrząknął by uciszyć uczniów. - Teraz wyjaśnię jak będzie przebiegał test. Najpierw wyczytam nazwisko. Osoba wyczytana podejdzie tu i wykona trzy wybrane przez nas techniki. Gdy każdy już przejdzie przez test zostaną ogłoszone wyniki i wręczone ochraniacze osobą, które zdały egzamin. Następnie zostaniecie przydzieleni do trzyosobowych drużyn pod przewodnictwem jednego z naszych sensei. Wszystko jasne? – Na te słowa w Sali rozległo się chóralne „Tak”. – Więc zaczynajmy. – Wziął do ręki listę z nazwiskami i zaczął wyczytywać. – Atshushi Yoko.
Czytał i czytał, a dzieci podchodziły i wykonywały jego polecenia. Wszystkim szło całkiem nieźle. Gdy Umino doszedł do „N” nie doczekałam się swojego nazwiska. Również, gdy dotarł do nazwisk na „U” nie wyczytał mojej osoby. Może coś pomieszałam? Może to nie dziś.
- A teraz, ostatni, wyjątkowy zdający. Mai Namikaze proszę o podejście. – Popatrzył na mnie przyjaźnie, a w klasie rozległ się dziwny szmer. Aż tak wszystkich zdziwiło moje nazwisko?
Wzięłam głęboki wdech, wstałam i powędrowałam w wyznaczone miejsce.
- Witaj Mai. - Tym razem głos zabrał Sannin. – Dawno cię nie widziałem dziecko. Jak treningi?
- Dobrze. – Odburknęłam. Co to miało być, pogawędka jakaś?
- Widzę, że jesteś zniecierpliwiona. To chyba u was rodzinne. – Zaśmiał się krótko. – Nie przedłużając. Wykonaj proszę Henge no Jutsu.
Skupiłam się i wykonałam technikę zamieniając się w Irukę-sempai.
- Dobrze. Teraz wykonaj Kage Bunshin no Jutsu.
Złożyłam pieczęci i stworzyłam dwa cieniste klony siebie w postaci Umino, bo nie zdążyłam wrócić do swojej postaci.
- Bardzo dobrze. – Powiedział usatysfakcjonowany tym, że nie zmieniłam się w siebie. - Teraz dezaktywuj techniki i wykonaj proszę Kirigakure no Jutsu.
- Co? Jeśli powiem, że nie umiem to, co? – Pff. Skąd wiedział, że Hatake mnie tego nauczył?
- Wiem, że umiesz.
Westchnęłam i wykonałam potrzebne pieczęci, a sala wypełniła się gęstą mgłą. Najwyraźniej moje umiejętności były raportowane Hokage regularnie.
- Dobrze. Możesz wrócić na miejsce. – Mgła zniknęła.
Gdy dezaktywowałam ostatnią technikę w sali rozległy się odgłosy zdumienia. Nie dziwiłam się, to nie było jutsu na poziomie genina.
Wróciłam na miejsce, a Iruka zabrał głos.
- Teraz zostaną ogłoszone wyniki. – Znowu czytanie długiej listy nazwisk. Chyba wszyscy zdali. Tylko, dlaczego ja musiałam być ostatnia? No i dlaczego kazali mi wykonywać inne techniki? To nie sprawiedliwe.
- Na koniec Mai Namikaze. – Wreszcie! – Zapraszam.
Wyszłam na środek. Jiraiya wręczył mi ochraniacz i uściskał. To było bardzo dziwne.
- Jestem z ciebie dumny Mai.
- Aha… Sensei dusisz… - Czułam się trochę niezręcznie.
- Przepraszam. – Zwolnił uścisk rozbawiony.
- Gratuluję. Wszyscy przeszli pomyślnie egzamin. - Wróciłam na swoje miejsce. – Teraz zostanie przedstawiany skład drużyn.
Znowu gadanie. Tym razem nie zostałam wyczytana. Zaraz, jeśli nie będę miała drużyny to, co ja będę robiła?
- Możecie się rozejść. Resztę informacji uzyskacie na spotkaniu z waszym nowym sensei’em. Do widzenia.
Udało się byłam geninem. Koniec stresów. Tylko, co teraz?
Wstałam i skierowałam się ku wyjściu.
- Mai ty zostań. – Usłyszałam głos Jiraiyi za sobą. Super, znowu coś przeskrobałam?
Zaczekaliśmy, aż wszystkie dzieci opuściły klasę. Z ostatnim dzieckiem Iruka wyszedł zamykając za sobą drzwi. Zostałam sama z siwowłosym mężczyzną. Teraz już w pustej i głuchej sali. Podeszłam do biurka, przy którym siedział.
- Jak pewnie zauważyłaś nie zostałaś przydzielona do żadnej z drużyn. To, dlatego, że razem z Tsunade postanowiliśmy, iż w twoim przypadku postąpimy trochę inaczej. Dlatego też twój test był trudniejszy nisz pozostałych. Chciałem sprawdzić czy możesz im dorównać. Uczysz się bardzo szybko. Masz talent po ojcu.
- Dziękuje, ale nie za bardzo rozumiem.
- Naruto jak i Sasuke mają rangę genina, bo nigdy nie przystąpili do egzaminów po napadzie Orochimaru. Co prawda już dawno przerośli umiejętności przeciętnego jonina, ale przepisy to przepisy. Chcieli przystąpić do egzaminów, ale zawsze brakowało im jednego członka. Dlatego ty zostaniesz ich kompanką.
- Ale jak? Oni są silniejsi. Przecież ja prawie nic nie umiem.
- Nie prawda dziecko. Umiesz bardzo wiele, a przy nich nauczysz się jeszcze więcej. Waszym „sensei’em” będzie Itachi jak tylko Tsunade wyjaśni to, że istnieje. Liczę na to, że dorównasz bratu jak i bracią Uchiha Mai i staniecie się jednym z najlepszych zespołów.
Bałam się, że zostanę sama albo, co gorsza przydziela mnie do jakiś dzieci, a tu proszę taka miła niespodzianka. Z resztą to dobre rozwiązanie, znaliśmy się dobrze i umieliśmy ze sobą współpracować. No pomijając Sasuke, z tym zawsze był jakiś problem, ale jakoś to przeżyję.
- Więc co, ty na to? Panowie wszystko już wiedzą. Czekali tylko na to. – Wskazał na ochraniacz, który trzymałam w ręku. Mój ochraniacz. Nawet dostałam go na zielonej taśmie a nie jak większość na niebieskiej. Cóż za wyróżnienie.
- Jasne. To wspaniały pomysł. – Odparłam z uśmiechem.
- W takim razie możesz iść i się chwalić, pani kunoichi. – Powiedział z rozbawieniem w głosie i pogonił mnie do wyjścia.
W korytarzu o dziwo czekał na mnie Konohamaru i moi nowi kompani z drużyny. Podeszłam do nich natychmiast, chowając ochraniacz za siebie.
- Spóźnienie. Przez was musiałam iść sama. – Burknęłam.
- A ta już marudzi. – Skwitował Sasuke.
- Zabawne.- Wywróciłam oczyma.
- Dobra spokój. Nie wytrzymacie pięciu minut bez kłótni? Jak ci poszło siostrzyczko? – Zapytał z uśmiechem.
- Jak to jak. To chyba jasne. – Wyciągnęłam ochraniacz przed siebie z wyszczerzem na twarzy.
- Pff. – O co chodziło Sasuke?
- Miło mi Uchiha, że się cieszysz.
- Trzymałem za ciebie mocno kciuki, więc musiało się udać. – Powiedział entuzjastycznie Konohamaru. Uśmiechał się do mnie strasznie dziwnie.
- No jasne. Niestety moi drodzy panowie będziecie musieli się ze mną użerać jeszcze przez długi czas. – Specjalnie zaakceptowałam i przeciągnęłam słowo „długi”. Popatrzyłam na nich z cwaniackim i trochę psychopatycznym uśmiechem.
- Twoja mina siostrzyczko jest tak przerażająca jak przebywanie z Sasuke, gdy zawali misje. – Wybuchnął śmiechem. Najwyraźniej przypomniał sobie jakąś zabawną sytuację.
- Co ty, masz do mnie głupku?- Oburzył się brunet. Och, ktoś obraził jego dumę? Straszne. Zastanawiam się gdzie on mieścił tak wielkie ego.
- Weź mnie do niego nie porównuj. To zbyt straszne. – Powiedziałam dusząc w sobie rozbawienie widząc jak Sasuke się gotuje ze złości. Zawsze z łatwością wyprowadzałam go z równowagi. To był mój talent.
- Eee… Gratulacja Mai. – Wtrącił się Konohamaru – Załóż go, a nie tak go trzymasz. – Wskazał na ochraniacz w moim ręku.
- Ah dzięki. No tak, jasne. Pomoże mi któryś? Chcę go nosić na szyi, a sama pewnie sobie włosy wplącze. – Odwróciłam się do nich plecami. Myślałam, że Naruto, albo Sarutobi to zrobią, ale nie Pan ciemności nagle zapragnął być miły.
- Dawaj to marudo. – Zabrał mi ochraniacz z ręki, delikatnie odsunął moje włosy i przewiązał mi opaskę na szyi. – Gotowe. – Powiedział jak zawsze zimnym i obojętnym tonem.
- Dzięki…- Jakoś dziwnie się czułam. To był jakiś podstęp?
- Konohamaru chodź zemną muszę iść do Hokage. – Powiedział nagle Naruto.
- No dobra, też miałem do niej w sumie iść. – Powiedział piskliwym głosem. Chyba przechodził mutacje. Szkoda, że Sasuke ma to za sobą. Było by się, z czego pośmiać.
- To ja tez idę.
- Nie no Mai, po co? Idźcie z Sasuke zaraz wrócę do domu.
- Naruto. – Powiedział wyraźnie zły na niego. Pewnie nie miał ochoty spędzać ze mną bez potrzebnie czasu i vice versa.
- Z nim? To ja wole iść sama. – Burknęłam.
- Nie marudź. Słuchaj starszego brata.
- Pff. Starszego. Ile? Dwadzieścia minut?
- Zawsze coś. – Wytknął do mnie język i nie czekając na moją reakcje ruszył w raz z Konohamaru zostawiając nas samych. Super.
- Świetnie. – Jęknęłam.
- Aż tak straszny jestem? – Powiedział brunet swym naturalnie chłodnym tonem.
- Gorzej.
- A.
Coś go ugryzło czy jak? Normalnie to by się odgryzł. Jakaś cięta riposta. Co to miało być to „A”?
- I tak miałam w planach iść do kliniki, więc możesz sobie iść sam do domu.
- Do kliniki? Coś ci jest?
- Nie. Do kliniki dla zwierząt. Wczoraj była straszna burza i pozrywało dach. Kiba poszedł pomóc. Może się na coś przydam.
- A ty, od kiedy udzielasz się społecznie, co? – Och stary dobry Sasuke jednak nic mu nie było. Całe szczęście, zaczynałam się już o niego martwić.
- Od momentu, w którym Naruto kazał mi z tobą iść do domu. Pasuje?
- Tak, idę z tobą.
- Niby, po co?
- Myślę, że przyda im się bardziej osoba, która uniesie więcej niż piórko.
- Ha, ha. Zabawne. Od kiedy wielki Uchiha udziela się społecznie?
- Od mniej więcej tego samego momentu, co ty. A, co?
- Świetnie. Jak już musisz to, chodź. – Wyciągnęłam z kieszeni mały zwój i napisałam na nim do Naruto krótką wiadomość.
„Idziemy do kliniki dla zwierząt pomóc przy naprawach. Jak chcesz możesz dołączyć, albo zabrać Sasuke, bo się uczepił. Pospiesz się, bo go uduszę. Też cię kocham. Mai.”
- Przywołaj jednego ze swoich ptaków, z łaski swojej. – Dodałam kończąc notkę.
- Dobra. Co tam piszesz? – Rozgryzł kciuk i wykonał przywołanie, a na parapecie pojawił się nie wielki sokół.
- Do Naruto. – Przypięłam zwój do nogi zwierzęcia.
- Nie pytałem, do kogo tylko, co. A to różnica. – Otworzył okno na oścież i machnął na ptaka by poleciał.
- Napisałam mu gdzie idziemy, żeby nas nie szukał. Zresztą to chyba nie twoja sprawa, do kogo pisze, ne.
- W sumie nie. No, ale używasz mojego summona. Jak treningi z Itachim?
- Dobrze. Nie spadłam z żadnego drzewa jak na razie. Chyba tylko ty jesteś takim dobrym nauczycielem Panie Uchiha. – Powiedziałam ze śmiechem wychodząc z budynku akademii i kierując się w stronę kliniki, a on szedł tuż obok. Nie wiem, po co. No, ale niech se idzie. Jak już tak bardzo musi. W sumie to może się przydać.
- Długo będziesz mi wypominała ten błąd? – Westchnął ciężko zrezygnowany. Czy jemu było wstyd?
- Hm. – Udawałam, że się zastanawiam. – Aż nie popełnisz kolejnego błędu.
- Och. Czyli, że to jedyny błąd, jaki popełniłem. – Uśmiechnął się z wyższością. Pajac.
- Ta. I to jest irytujące. Ludzie nie są nieomylni.
- Ja jestem. – Powiedział aroganckim tonem. Jak on mnie denerwował, yh.
I tak sobie szliśmy w stronę zachodzącego słońca, a nie to nie ta bajka. To był koszmar a raczej moja prywatna zmora, Uchiha Sasuke.
Wystąpił błąd w tym gadżecie.
>